Region Świętokrzyski


Strona Główna
Mapa
Nasze Miasto
Opis Regionu
Historia
Legendy
Zwyczaje i obyczaje
Dymarki świętokrzyskie
Galeria
Autorzy
Herszt i Szwedzi

Potop szwedzki zalał wówczas już całą Polskę. W tym czasie w Górach Świętokrzyskich grasowała banda zbójecka Poznera. I właśnie hersztowi bandy żołdacy szwedzcy porwali ukochaną. Ta strata tak boleśnie dotknęła Poznera, że w kościele św. Wojciecha w Kielcach poprzysiągł Szwedom zemstę. Postanowił również zerwać raz na zawsze ze zbójeckim życiem, ustatkować się, a za dość pokaźny trzos kupić ziemię i uprawiać ją. Te ważne decyzje przypieczętował spowiedzią i pokutą za wyrządzone ludziom krzywdy. Niedługo potem, przy pomocy mieszkańców Kielc i okolicznych wsi, utworzył doborowy zbrojny oddział. Pewnej nocy kawalkada jeźdźców ruszyła w kierunku Chęcin. W pobliżu Zagórska i Słowika oddział Poznera natknął się na niczego nie spodziewających się Szwedów. Zaatakowani znienacka, bronili się słabo- wielu Szwedów zginęło w walce, a reszta, uciekając przed nacierającymi z góry napastnikiem- w rzece się potopiła. Od tego czasu rzeka Bobrza między Zagórskiem a Sitkówką nazywana była Trupieńcem.

Łysa Góra
Łysa Góra- kiedyś zwana Łyścem- druga co do wysokości w Górach Św., dotąd pozostaje owiana mgłą tajemniczości. Za czasów pogańskich- jak podaje Jan Długosz- stała na niej świątynia trzech bożków : Łady(Świst), Body(Poświst) i Lela(Pogoda). W starożytności chętnie obierano górujące nad okolicą wzniesienia jako miejsca oddawania czci bogom. Słowianie również mieli swoje świątynie na wzgórzach. Jednym z wzniesień była Łysa Góra, wg J. Długosza, prawie zawsze zimnem skrzepła, często zamglona lub sypiąca śniegiem albo deszczem. Lud z dalekich stron schodził się tłumnie, aby modląc się i składając ofiary, oddawać cześć starym bogom. Kroniki podają, że w 1686 roku, w czasie kucia skały w pobliżu kościoła na Św. Krzyżu, znaleziono bożyszcze dawne węglem obsypane. Napis umieszczony na marmurowej tablicy z 1806 roku, znajdujący się na ścianie kościoła, potwierdza istnienie tam pogańskiej gontyny. Jeszcze za czasów S. Staszica znajdowano w ziemi gliniane urny z prochami zmarłych.

Oprócz świątyni , na szczycie góry stał potężny zamek. Mieszkała tam dumna Pani, otoczona liczną, słusznego wzrostu służbą-olbrzymami. Owa Pani pokonała ponoć pod Łysą Górą zastępy Aleksandra Wielkiego, a potem, uniesiona pychą- kazała czcić się jako bogini Diana. Za to zuchwalstwo i niegodziwe rzeczy, które w zamku się działy, gromy roztrzaskały wspaniałą budowlę, rozsypując ją na sterty kamieni, do dziś widoczne na gołoborzu. Pod ruinami zamku śmierć znalazła Dianę i jej cały dwór.

Odnajdywane przez okolicznych mieszkańców olbrzymie piszczele i inne kości zwierząt przedpotopowych, utwierdzały w mniemaniu, że niegdyś zamek zamieszkiwały wielkoludy. Kości te buły wieszane na zewnętrznych ścianach kościoła, a później umieszczano je w oszklonej szafie.

Prasłowiańska góra przez kilka wieków od przyjęcia chrześcijaństwa była miejscem palenia ogni czerwcowych. Obrzędy sobótkowe zostały przeniesione w 1468 roku na Górę Witosławską, gdzie stała murowana kapliczka fundacji Wacława Jałowieckiego, pokutującego za swe grzechy w świętokrzyskiej puszczy.

Zamek Krzyżtopór
Kilkanaście km od Opatowa, we wsi Ujazd, stoją na płaskim wzniesieniu potężne mury zamku możnego rodu Ossolińskich. Dziś zamek jest już tylko ruina , wzbudzającą podziw i zaciekawienie swą wielkością i tajemniczością. Był to największy pałac magnacki w Polsce- przewyższał nawet Zamek Królewski w Warszawie.

Możnowładca Krzysztof Ossoliński, wojewoda sandomierski i brat kanclerza Jerzego, wezwał do siebie osiadłego w Polsce, znanego architekta szwajcarskiego Wawrzyńca Senesa i zawiózł go na wzgórze obok wsi Ujazd. Tam kazał mu wznieść potężny zamek, który będzie miał tyle wieży-co pór roku, tyle dużych sal- ile miesięcy, tyle pokoi-ile tygodni i tyle okien-ile dni w roku. Magnat chciał, aby w podziemiach zamku były stajnie z murowanymi żłobami i wielkimi lustrami, gdzie miały stać śnieżnobiałe konie. Stropem sali stołowej miało być szklane akwarium, pełne egzotycznych ryb. Wreszcie zamek musiał być niezdobytą twierdzą bronioną przez grube, wysokie mury z pięcioma potężnymi bastionami. Woli Magnata stało się zadość. Po kilku latach, w roku1644 stanął zamek, zadziwiający wszystkich ogromem i przepychem. W wysokiej bramie widnieją wykute z marmuru olbrzymi krzyż i topór- herb rodu Ossolińskich. Stąd też pochodzi nazwa zamku- Krzyżtopór .

Wspaniała rezydencja szybko jednak utrąciła swą świetność. Fundator zmarł w rok po zakończeniu budowy, a zamek przeszedł na jego spadkobiercę, syna Krzysztofa- Baldwina. Cztery lata później podczas bitwy po Zborowem , Baldwin zginął od tatarskiej strzały. Gdy przyszedł Potop Szwedzki kolejny właściciel twierdzy wpuścił nieprzyjaciół bez walki. Szwedzi zamek splądrowali i poważnie zniszczyli.

Od tego czasu opuszczony zamek rozpadał się w gruzy. Podobno nocą nad ruinami zamku słychać szum skrzydeł husarskich i tętent pędzącego galopem konia, a po chwili ukazuje się postać husarza- Baldwina na spienionym rumaku.

Sabat czarownic
Na Łysej Górze i Łysicy, co powtarza wiele podań ludowych, nocami zbierają się na sabat wiedźmy. Palą ogniska i warzą trucizny, które szkodzą ludziom i ich dobytkowi. Gdy kogut po północy zapieje, czarownice siadają na miotły i z wyciem wichru sfruwają z góry. Legenda ta wiąże się ze starym obrzędem słowiańskim palenia ogni czerwcowych, który przetrwał na Łysej górze najdłużej- przez pięć wieków. Benedyktyni i okoliczni księża zwalczali ten pogański zwyczaj, nazywając go zlotem wiedźm i biesów. Starano się też nadać mu charakter chrześcijanki, przez połączenie z odpustem Zielonych Świąt. Gdy jednak nadal sobótki świętowano pijaństwem i rozpustą, król Kazimierz Jagiellończyk, na prośbę zakonników, zakazał palenia ognisk na Łyścu. Wówczas odprawianie sobótek przeniosło się na Górę Witosławską. Równocześnie na pobliskiej Łysicy działo się inaczej:

Kiedy już wszystkie zleciały się na górę , rozpoczynały czarownice uroczystości. Rozniecały wielki ogień, kłaniały się w jego blasku najważniejszej wiedźmie sabatu- wielkiej czarownicy, która skinieniem głowy przyjmowała pozdrowienia. Potem zasiadały do wystawnej uczty. Jadła i napitku było dużo, i to rozmaitego-choć czasami tylko padlinę podawano; za nakrycia stołowe służyły końskie kopyta, skorupy jaj i trupie czaszki. Po wieczerzy następowały tańce. W pierwszej parze, prowadzona przez czarta, szła wielka czarownica w czarne aksamity ubrana i z ropuchą na ramieniu. Za nimi, w długim korowodzie, liczne wiedźmy w objęciach biesów. Tańczono zawzięcie, przy osobliwej muzyce, wygrywanej na radłach, piłach, gwoździach i grzebieniach. Czarownice, które nie znalazły dla siebie biesów, hulały z czarnymi kotami.

Noce na Łysej górze upływały nie tylko na ucztach i graniu. W czasie sabatu czarownice doskonaliły swe rzemiosło, przygotowywały nowe czary, dzieliły się radami i sporządzały tajemnicze mikstury. Gdy odzywało się pianie kura, wiedźmy uwalniały się z objęć biesów, zabierały różne przybory do czarowania, wsiadały na miotły i odlatywały do swych domów.

Dąbrówka
Bardzo dawno temu, na Łysicy i Łysej Górze stały dwie świątynie pogańskie. Dookoła rozciągały się ogromne bory jodłowo-bukowe. Oddziały wojowników stały na straży świątyń i kleryków, ponieważ już kilka razy zostały one rabowane przez Jaćwinów. Gdy w gontynach odbywały się uroczystości podbierania miodu, z południa podążał orszak książęcy. Mieszko I wiózł do kraju Dąbrówkę, młodą córkę króla czeskiego. Książę jechał na pięknie przybranym koniu, zaś córka króla czeskiego spoczywała w wygodnej karecie, którą ciągnęły białe rumaki. Rycerze, duchowni i służba towarzyszyli parze książęcej. Gdy zapadł wieczór, wyczerpani podróżni chcieli zanocować w jednej z okazałych świątyń, ale - jako obcych - nie wpuszczono ich do środka. Kiedy orszak odchodził, napadły na nich oddziały strzegące świątyń, Wywiązała się walka. Po obu stronach było wielu rannych. Jedna strzała raniła Dąbrówkę, inna zaś utkwiła w krzyżu niesionym przez zakonnika. W tym momencie nastąpił straszliwy huk i potężny wstrząs zniszczył obydwie świątynie, gruzy pochowały znajdujących się w nich pogańskich kapłanów. Na miejscu gdzie one stały, utworzyło się kamienne gołoborze. Przerażeni ludzie zaprzestali walki. Poganie wycofali się w głąb puszczy, a poturbowany orszak książęcy zatrzymał się pod szczytem Łysej Góry, gdzie rozbito namioty. W nocy rozpętała się straszliwa burza, zbudziła śpiących; słychać w niej było jakieś jęki, krzyki i przeraźliwy płacz. Obfite opady deszczu i huragan, trwały parę dni, uniemożliwiły dalszą podróż orszaku królewskiego. Dąbrówka, która bardzo przeżyła zdarzenie w puszczy poprosiła męża, aby w tym miejscu została wybudowana kapliczka, w której chciała podziękować bogu za ocalenia oraz prosić go o syna - przyszłego władcę narodu.

Rok później w Gnieźnie na świat przyszedł syn królewskiej pary Bolesław, zwany Chrobrym. Kapliczka zaś przetrwała całe wieki, aż wreszcie ze starości w proch się rozsypała. Na jej miejscu została postawiona nowa skromniejsza, która jest tam do dziś.

O źródle Św. Franciszka
Dawno, dawno temu na Łysicy stał okazały zamek, jaśniejący z dala na tle granatowego kożucha rozległych borów. W komnatach urządzonych tak pięknie że oczy bolały od patrzenia na te wszystkie wspaniałości. Mieszkały w nim, dwie siostry . Starsza - czarnowłosa, o piwnych oczach, energiczna, w której krew kipiała od nadmiaru energii, i młodsza, będąca jej przeciwieństwem - o złocistych jak słońce włosach, błękitnych oczach, spokojna, delikatna kochająca przyrodę i zwierzęta często spacerująca po lesie.

Pewnego słonecznego dnia na Łysice przybył rycerz, szukający noclegu Zmęczony całodzienną wędrówką, załomotał do bramy zamku i został gościnnie przyjęty przez siostry. Oczarowany ich urodą, jakby zapomniał o celu podróży. i przedłużał swój pobyt w zamku. Obie, dziedziczki zakochały się w urodziwym młodzieńcu i zabiegały o jego względy. Przystojny rycerz nie wiedział, którą z sióstr obdarzyć swoim uczuciem. Po pewnym czasie serce młodzieńca zdobyła starsza, energiczna i zalotna dziewczyna. Dni i noce zakochani, spędzali razem. Młodsza wyraźnie posmutniała z tego powodu i już wczesnym rankiem wymykała się na leśne ścieżki Łysicy. Czarnowłosą, zazdrosną o swego wybranka, drażniła obecność pięknej siostry, dlatego postanowiła pozbyć się rywalki. Po długich namowach nakłoniła rycerza do zrzucenia siostry w przepaść. Ten zbrodniczy zamiar nie powiódł się - nie zastali dziewczyny w komnacie, bo o wschodzie słońca wyszła do lasu. Myśli zamordowania dziewczyny nadal prześladowały wyrodną siostrę. Postanowiła otruć rywalkę dolewając jej trucizny do miodu i podać spragnionej, gdy powróci ze spaceru. Czara miodu zaprawionego jadem była przygotowana, gdy niewinna siostra wracała do zamku. Drobnymi stopami strącała z traw i paproci krople porannej rosy. Krople - parując - zamieniały się w puszyste chmury i unosiły ku słońcu. Po chwili obłoki pociemniały, skłębiły się i ruszyły śladem dziewczyny. Nagle zrobiło się ciemno, zimno i ponuro. Zerwała się straszna wichura. Przerażona dziewczyna, już dobiegała do bram zamku, gdy ogromna błyskawica rozdarła niebo i oślepiła wszystko, co żyło. Potężny hałas gromu potoczył się po puszczy, gwałtownie zadrżała góra i strzeliste jodły. Przewrócona na ziemię dziewczyna z przerażeniem spojrzała na zamek, który rozpadał się w gruzy. Po chwili pozostały jedynie potężne głazy na stoku Łysicy. Podniosła się i podbiegła do rumowiska, przerażona szukała ciał kochanków, lecz na próżno. Zrozpaczona płakała a jej łzy spływały po kamieniach, jakby chciały zmyć grzech siostry. Łez nazbierało się tak dużo, że do dziś dzień zasilają one źródełko, nazwane źródłem świętego Franciszka, od stojącej obok kaplicy. Wylane z prawdziwej rozpaczy- mają cudowną moc leczenia oczu. Rankiem każdego dnia, strącając krople rosy z ogromnych paproci, nieznany ‘’ ktoś’’ wskazuje drogę do źródła. W dawnych czasach obfite źródło wylewało się na pobliskie ścieżki leśne. Obecnie jest obudowaną kwarcem studnią, w której, jak w lustrze, przeglądają się stare jodły. Woda w niej oddycha wydobywającymi się na powierzchnię i pękającymi bańkami gazu, a na dnie gotuje się, jakby pod spodem czarownice gołoborza swoje miotły paliły. Źródło od dawien dawna ma stałą temperaturę i nigdy nie zamarza.

Cenna ofiara
Dawno temu w obecnej gminie Brody zapanował wielki smutek , ponieważ obfite, śmiertelne żniwo zbierała epidemia cholery. Zdesperowani ludzie bojąc się śmierci postanowili złożyć barbarzyńską ofiarę w zamian za ocalenie. Tak też zrobili w piwnicy karczmy, nad Zalewem Brodzkim, uwięziono na zawsze młodą, piękną dziewice oraz dużą ilość złota. Jeszcze długo po ustaniu epidemii, nikt nie miał odwagi wejść do środka bojąc się klątwy. Kto bowiem otworzyłby drzwi ściągnąłby na siebie chorobę i złe moce. Mimo strachu i klątwie znaleźli się śmiałkowie którzy chcieli obrabować piwnicę. Gdy zaczynali przecinać potężne kłujki nie wiadomo z kąt pojawiło się stado przeraźliwie kwiczących świń. Tak ich to zlękło ze pobiegli ile sił w nogach i z daleka omijali to miejsce. Piwnica do naszych czasów została nie naruszona. Zasypano ją dużą ilością ziemi, z pod której od czasu do czasu dochodzą żałosne jęki i płacze.

Legenda o pielgrzymie
Przy „drodze królewskiej", prowadzącej z Nowej Słupi na Święty Krzyż, upamiętnionej wieloma pielgrzymkami króla Władysława Jagiełły i innych władców polskich, od wieków stoi tajemniczy posąg. Dotychczas nie wiadomo, skąd się wziął u podnóża Łysej Góry. Liczne i różne, bowiem legendy o nim krążą. Jedna z nich głosi, że bardzo dawno temu żył dzielny i sławny rycerz, który wiele zwyciężył bitew. Resztę swego życia zamierzał spędzić w pobożności. Odwiedzał wiele pięknych miejsc na ziemi, był w Rzymie w Ziemi Świętej oraz wielu innych świętych miejscach. Ostatnią podróż zaplanował do klasztoru świętokrzyskiego.

Pewnego dnia przybył do Nowej Słupi i opowiadał ludziom, że to właśnie on jest najpobożniejszym człowiekiem na ziemi i drzwi do nieba zawsze będą stać dla niego otworem. Ludzie z podziwem patrzyli na człowieka i uważnie słuchali każdych słów przez niego wypowiedzianych. Pielgrzym wciąż przechwalał się swoją mężnością, opowiadał jak walczył z dzikimi zwierzętami, cierpiał głód i znosił różne przeciwności losu, by dotrzeć do klasztoru, mówił, że resztę drogi do rynku przebył na kolanach. Powoli wspinał się po kamiennej ścieżce na szczyt Łysej Góry. Gdy docierał już do skraju puszczy, w odległym klasztorze nagle słychać było dzwony, które o tej porze dnia nigdy nie biły, zaskoczeni ludzie zaczęli się zastanawiać, z jakiej to okazji dzwonią. Pielgrzym z pychą oświadczył, że dzwony same biją na jego cześć, choć oczekiwał czegoś więcej. Gdy tylko powiedział te słowa nagle zatrzymał się i skamieniał. Ludzie z niedowierzaniem patrzyli na to z zjawisko podchodzili i dotykali posągu pielgrzyma. Skamieniały pielgrzym nadal stoi na tym miejscu, choć legenda głosi, że on teraz odprawia pokutę i co rok przesuwa się o ziarenko piasku, gdy dotrze do klasztoru grzechy zostaną mu wybaczone, lecz nastąpi koniec świata.

Legendy świętokrzyskie zebrał i opracował Jerzy Stankiweicz, Krajowa Agencja Wydawnicza,
Kraków 1988r.