Menu

Mapa

Opis

Historia

Zwyczaje

Dwory

Kościoły
Pomniki

Sławni ludzie

Mniejszości narodowe

Wesele w 1860 r.

Wesele w 1979 r.

Stare fotografie Moniki

Stare fotografie Danieli

Mapa strony

Bibliografia

Autorzy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zwyczaje i obyczaje

       Dzięki żmudnej pracy lekarza jadowskiego, doktora Leona Bokiewicza (zm. 1872 r.) posiadamy cenne informacje o codziennym życiu ludności dawnego powiatu radzymińskiego.
      Domy w miasteczkach są większych rozmiarów niż na wsi - pisał jadowski lekarz - lecz za to w izbach większy bywa natłok osób; nierzadko bowiem w jednej izbie dwie i trzy rodziny mieszczą się, jak to pomiędzy ludnością żydowską szczególnie widzieć się zdarza.... Domy mieszkalne na wsiach w powiecie radzymińskim budowane są prawie bez wyjątku z drzewa sosnowego, składają się tylko z dwóch izb i komory, jeśli przeznaczone są dla jednej tylko rodziny, z czterech izb przedzielonych sienią, jeśli i druga rodzina z pierwszą powinowata ma być w tym domu pomieszczona. Komora znajduje się zwykle z drugiej strony sieni. Obszerniejsze zaś domy nazywane pospolicie czworakami, w których po kilka osób mieszka, budowane są tylko przy folwarkach i przeznaczone dla czeladzi i służby dworskiej. Podmurówka czy fundamenty domów wiejskich zrobione są zwykle z kamieni lub cegieł, na wierzchu których układana była podłoga z desek sosnowych. 


Wieś Turów - dwudziestolecie międzywojenne


Kapliczka w Turowie

      Każdy dom opatrzony jest kominem z cegły palonej na glinie wymurowanym, otynkowanym i nad dachem pobielonym. Wewnątrz domu na obie izby znajduje się piec ceglany wytynkowany i pobielany, który obecnie w izbie, nie w sieni jak dawniej bywało, otwierany i ogrzewany bywa. Najbliżej drzwi urządzony jest komin opatrzony kapą, trzonem do gotowania i piecem do pieczenia chleba .....Pierwsza, czyli większa izba opatrzona jest dwoma oknami, druga czyli alkierz, jednym .... Wszystkie ma się rozumieć szkłem są opatrzone i po większej części otwierane, nie dla odświeżenia w izbach powietrza, lecz dlatego, aby w czasie pożarów łatwiej było rzeczy z domu wyrzucać. Izby u włościan w tych okolicach wcale nie są bielone, lecz tylko kilka razy do roku myte, od strony zaś zewnętrznej gliną wyszparowane i niekiedy wapnem pobielane bywają. Dach nad domami włościanie pokrywają słomą, a niekiedy, i to wyjątkowo, gontami.


Wnętrze chłopskiej chaty

     Izby w chatach były małe, duszne, niemal nigdy nie wietrzone, panował więc zaduch. wieczorami oświetlano chaty płonącymi szczapami smolnego drzewa, co powiększało jeszcze brud. Tylko rzemieślnicy w mieście i ludność żydowska używali świec. Włościanie myli się tylko raz na tydzień, przed pójściem do kościoła. Dzieci chodziły zawsze brudne i nieuczesane, w izbach mieszkalnych często przebywały świnie. Dzieci chłopskie były blade i słabe, u kobiet masowo występowała anemia. Drogi i uliczki były ciągle zabłocone lub zakurzone.


Wnętrze chłopskiej chaty

     Sprzęty w chatach były bardzo skromne. Naprzeciw kominka półka lub szafka z miskami, garnkami, talerzami i łyżkami, w kącie wiadro z wodą do picia, a dalej przy oknie krosna, na środku izby stół i ławka. Ze strony pieca łóżka przy ścianie, szerokie lub rozsuwane, pod którymi niekiedy ziemniaki się znajdują. Tuż przy łóżku drzwi prowadzą do drugiej izby. Drewniane łóżka były pokryte słomą i grubym prześcieradłem. Sienniki mieli tylko zamożniejsi, podobnie i pierzyny. Ogół ludności używał poduszek z pierza, a przykrywał się sukmana lub kożuchem. Wyżywienie ludności było skromne. Pierwsze pożywienie, tak zwane śniadanie, składa się zwykle z ziemniaków i mleka kwaśnego lub słodkiego. Jest to powszechne i ulubione jedzenie włościan i rzemieślników w tutejszym powiecie. Pomiędzy 12 i pierwszą godziną, drugie obfitsze jedzenie zastawia gospodyni na stole, które z barszczu, ziemniaków, kaszy, klusek i chleba razowego składa się. Na wieczerzę znowu ziemniaki ze słoniną lub barszcz z chlebem. W miejsce barszczu czasami podaje się kapuśniak lub zupę z dyni, niekiedy z grochu. Mięsa wołowego, baraniego i wieprzowego czasem tylko w niedzielę, w święta używają, nawet i zamożniejsi nie często wyprawiają sobie uczty z mięsa. Drób zaś chowają tylko dla chorych lub położnic, jaja na targi i jarmarki wywożą. W letniej i jesiennej porze z przyjemnością jedzą różne owoce, jagody i grzyby. Ryb tylko w wigilię Bożego Narodzenia używają, w dnie zaś postne chętnie kupują i jedzą śledzie. W dnie uroczyste, w czasie godów weselnych, chrzcin itp. o pożywniejsze i smaczniejsze starają się potrawy, jakimi są rosół, mięso i placek.


Wnętrze chłopskiej chaty

     Ludność powiatu nie miała umiarkowania w jedzeniu i piciu. Pijaństwo było ogólną plagą. Wódkę pili wszyscy - mężczyźni, kobiety, starcy, nawet dzieci. Wina były zbyt drogie dla chłopa czy rzemieślnika, powszechne było natomiast palenie tytoniu i używanie tabaki. Skutkiem pijaństwa zdarzały się bójki i awantury. Środkiem życia towarzyskiego i jedyną właściwie rozrywką ludu była karczma, w której się często odbywały zabawy przy melodiach katarynki.
     Przeciętna rodzina chłopska i rzemieślnicza miała 5-7 dzieci. Nędzne warunki bytowania, niski poziom higieny i kultury, brak opieki lekarskiej, powszechne przesądy i zabobony powodowały jednak ogromną śmiertelność, szczególnie wśród niemowląt i dzieci, skutkiem czego przeciętna długość życia ludzkiego nie dochodziła nawet do 20 lat. 
     Na początku XIX wieku powstały liczne kolonie niemieckie w gminach Strachówka, Radzymin, Ręczaje i Zabrodzie. Domy Niemców były najczęściej przeznaczone tylko dla jednej rodziny i (jak zauważa Leon Bokiewicz) pomieszczenia mieszkalne były przestronniejsze i lepiej utrzymane niż w gospodarstwach Polaków. Także ubiór wyróżniał osadników niemieckich. Najczęściej ubierali się w granatowe lub szare surduty, na które zakładali płaszcze z pelerynami. Zimą obowiązkowym elementem stroju był kożuch wkładany pod płaszcz i czapka z daszkiem. Charakterystyczne detale stroju to kamizelki i chustki wiązane na szyi. Kobiety ubierały się w kaftany i chusty, a na głowę wkładały czepce. Nosiły długie suknie uszyte z wełny lub perkalu. 


Dom niemieckiego osadnika

     Ludność niemiecka żywiła się prostymi potrawami: barszcz z kartoflami, kawa lub kasza z mlekiem, czasami rosół i mięso. Podobnie jak polscy chłopi nie stronili od alkoholu. Ich ulubionym napojem było piwo bawarskie, choć nie gardzili oni wódką ani arakiem. Bokiewicz wspomina, że osadnicy niemieccy palą więcej tytoniu i "niekiedy nawet do namiętności ten nałóg posuwają". Wszelkie zabawy i uroczystości były zazwyczaj skromne i ciche. Wiązało to się to z obyczajem i liczbą ewangelików. Na chrzciny, wesela, stypy zapraszano tylko najbliższą rodzinę, w przeciwieństwie do uroczystości u chłopów polskich czy kupców żydowskich.
     Do dóbr wołomińskich przyjeżdżał w młodzieńczych latach pisarz i krytyk literacki, Ferdynand Hoesnick. Jego wspomnienia zawierają ciekawy opis Wołomina.
     Podczas przyjazdów z Warszawy na Święto Trzech Króli "we dworze zaraz zaczynał się obiad, który trwał dość długo. Po obiedzie, w kilkanaście sań, jechało się w stronę lasu i na zamarznięte łąki, gdzie młodzież używała ślizgawki, a starsi rozgrzewali się ponczem, który wujaszek Gucio nauczył się robić w Szwecji. Z zapadającym zmrokiem wracało się do dworu, gdzie już w uprzątniętym salonie czekali muzykanci, Żydzi z Radzymina. Rozpoczynały się ochocze tańce, podczas których w sąsiednich pokojach grano w karty lub posilano się przy obfitym bufecie. .... Dwór wołomiński był obszerny, parterowy ... typowy dwór wiejski polski, pokryty gontem, z zielonymi okiennicami w oknach, z wielką drewnianą werandą na podmurowaniu, do której prowadziły szerokie oszklone drzwi z salonu, z której po paru schodkach schodziło się do ogrodu". 


Rycina dworu w Duczkach

    Niedziele spędzano we dworze nieco inaczej. Jeżdżono do kościoła w Kobyłce. Kiedy przyjeżdżali goście z Warszawy oraz myśliwi urządzano polowanie. Czasem, "gdy gości zjechało się sporo, na podwieczorek wyjeżdżano do lasu, a jazda odbywała się kilkoma wozami drabiniastymi, na siedzeniach ze słomy. Młodzież jechała konno, z braku siodeł, na oklep"
     Mieszkańcy naszego regionu mieli swój strój zwany strojem radzymińskim. Ubierali się w zasadzie skromnie. Mieszczanie nosili czarne lub granatowe surduty, natomiast chłopi szare siermięgi z płótna lub wełny samodziałowej. Na co dzień używali zgrzebnych kapot z szarego płótna i szerokich portek. Na święto przyodziewano spodnie wełniane lub płócienne, szare w ciemnoniebieskie, podłużne pasy. Wpuszczano je w długie, lekko pomarszczone buty z cholewami. Na obuwie zwracano szczególną uwagę. Biedniejsi nosili buty ze skóry juchtowej, bogatsi ze skóry bardziej wyrobionej. Stąd wywodzi się powiedzenie "poznać pana po cholewach". Na koszule ze zgrzebnego płótna nakładano niebieskie kamizelki zdobione, na szeroko wykładanym kołnierzu, niebieskimi tasiemkami. Na głowę nakładano wysoki, granatowy kapelusz ozdobiony szeroką wstążką niebieską lub zieloną. Później chłopi zaczęli używać granatowych czapek ze skórzanym daszkiem.


Strój radzymiński

     Szlachta nosiła granatowe spodnie i takiegoż koloru kapoty zapinane na pętlice. Podszewka kapoty była ze świecącego atłasu koloru modrego, zielonego lub różowego. W pasie przewiązywano się szerokim, kolorowym pasem, wiązanym fantazyjnie u lewego boku tak, aby dwa jego końce spływały swobodnie wzdłuż bioder. Jako nakrycie głowy służyła szlachcie czworograniasta czapka (krakuska) obszyta białym barankiem.
     Dziewczęta, na gładko zaczesane włosy, narzucały perkalikowe chusty, przeważnie jednego koloru pąsowego lub czerwonego z białymi rzucikami na rogach. Mężatki nosiły obowiązkowo białe czepce z tiulu lub nicianej siatki. Na białe koszule nakładały kolorowe bluzki lub granatowe kaftaniki bogato haftowane i zdobione błyszczącymi cekinami. Spódnice, zwane również kieckami, szyto z białego lub czarnego samodziału wełnianego w różowe i zielone pasy. W biodrach opasywano kibić jasnofioletową krajką w czerwone i zielone prążki. Do stroju obowiązkowo należał fartuch drelichowy lub z baji.

Tradycje świąteczne

     Rok życia ludności znaczyły, kształtowane przez dziesiątki lat, zwyczaje i obrzędy. Ich cykl rozpoczynał się adwentem, czyli czasem przygotowania się do Świąt Bożego Narodzenia. Wigilia obchodzona była bardzo uroczyście. Łamano się wzajemnie opłatkiem z rodziną, gośćmi i służbą domową. Do postnej wieczerzy siadano z chwilą ukazania się pierwszej gwiazdy. Choinkę strojono w orzechy, jabłka, papierowe girlandy i świeczki. Stół pod obrusem był zasłany sianem, a po kątach jadalnej izby ustawione były snopki rozmaitego zboża. Stół był opasany łańcuchem, ażeby się go chleb trzymał, a pod nim kładziono żelazo od pługa, żeby krety nie psuły roli.  Po wieczerzy wigilijnej udawano się do kościoła na pasterkę. Gospodarze wsypywali sobie do kieszeni owies lub groch, które po przyjściu z kościoła zyskiwały nadzwyczajne własności. Dodane do zasiewu zwiększały plon i powodowały większą nośność kur. Pierwszy dzień Bożego Narodzenia tradycyjnie spędzano w domach, nie odwiedzano się.


"Wigilia w chacie wiejskiej" 
rys. "Kłosy" 1878 r.


"Przed pasterką" - rys. "Kłosy" 1878 r
.

     Unikano wszelkich prac, nawet nie gotowano, a jedynie odgrzewano posiłki. Popularną potrawą bożonarodzeniową na Mazowszu był rosół z wołowiny, jedzony dla upamiętnienia bydląd obecnych przy narodzinach w betlejemskiej szopce.  Drugi dzień świąt poświęcony był świętemu Szczepanowi. Powszechnym był zwyczaj sypania owsa na kapłana na pamiątkę ukamienowania Świętego. Zdarzało się też, że niechętni kapłanowi parafianie z chóru oprócz owsa, zrzucali na niego i inne przedmioty. Ciskając w siebie garście poświeconego zboża wołano:
Na szczęście na zdrowie, na ten święty Szczepan
Żeby wam się rodziła kapusta i rzepa
Żyto jak koryto, pszenica jak rękawica, owiesek jak pański piesek...
Na szczęście na zdrowie, na to Boże Narodzenie,
Żeby wam się kopiło, darzyło, wodziło w oborze
Co daj Panie Boże!
      Czas od Nowego Roku do Trzech Króli to czas kolędowania. Chodzono z małą szopką lub oświetloną od wewnątrz gwiazdą. Oprócz tradycyjnych kolęd śpiewano też różne przyśpiewki regionalne. Bardzo uroczyście obchodzono Święto Trzech Króli. W dniu tym rolnik, podobnie jak obecnie, kreślił święconą kredą na drzwiach domu inicjały K.M.B. - Kacper, Melchior i Baltazar. Te trzy litery przedzielone krzyżykami będą przez cały rok chronić ludzkie obejścia od szkody. Wraz z poświęconą w tym dniu kadzidłem i mirrą, oraz obecną w każdym domu gromnicą, palmą wielkanocną i święconą wodą, stanowić będą obronę przed wszelkim złem. Wieczór Trzech Króli był zwany Szczodrym Wieczorem. Powszechny był wtedy zwyczaj darowania dzieciom upominków. Dzieci w tym dniu odwiedzały domy "po kolędzie" dopominając się darów. Gospodynie już w dzień poprzedzający święto przygotowywały dla kolędników słodkie bułeczki zwane szczodraczkami. 


"Gaspar, Melchior i Baltazar" 
rys. M.E. Andrioli

  
"Kolędnicy"
 "Tygodnik Ilustrowany" 1883 r.
 

Kolędnicy wchodząc do domu oprócz kolęd śpiewali:

Czy piekliście szczodraczki, bochniaczki dajcie nam

Gdy je otrzymali śpiewali:

Niech się wam rodzi pszenica jak rękawica,
niech sie wam rodzi jęczmień jak dłoń.

W przypadku odmowy kolędnicy potrafili być złośliwi. Śpiewali wtedy:

Kiedyś ciasta nie miesiła, bodajeś się powiesiła

     Okres zapustów to czas hucznych zabaw, biesiad i przebierańców. Na wsi i w miastach, we wszystkich stanach, bawiono się i stosownie do posiadanych środków i zasobów jedzono dużo, tłusto i wypijano wiele mocnych trunków. Do ulubionych staropolskich rozrywek karnawałowych, urządzanych z wielką fantazją, należały szlacheckie kuligi. Była to sanna prowadzona przez wodzireja, od dworu do dworu, a w każdym czekała gości uczta i salony przygotowane do tańca.  Kipiący radością, wesoły i huczny, choć inny w charakterze był karnawał chłopski, bo i na wsi w zapusty było gwarno, suto i radośnie. Karnawał chłopski - ludowe zapusty był czasem pod każdym względem niezwykłym. Na wsi bowiem z zabawami zapustnymi, z tańcami i poczęstunkami wiązały się zawsze stare i bardzo ciekawe zwyczaje oraz obrzędy na płodność i urodzaj, które mieszkańcy wsi, obyczajem swych przodków, odprawiali u schyłku zimy.
     Na wsi, tak jak wszędzie, najweselej i najhuczniej obchodzono ostatni tydzień karnawału od Tłustego Czwartku po ostatni kusy wtorek. Tłusty - zapuśny czy inaczej Combrowy Czwartek upływał głównie na jedzeniu i piciu. We wszystkich domach gotowano dużo obficie kraszonego jadła, kaszy i kapusty ze skwarkami, stawiano na stołach słoninę i sadło, a u bogaczy również mięso i różne kiełbasy. W Tłusty Czwartek nigdzie nie mogło zabraknąć smażonych na tłuszczu słodkich racuchów, blinów i pampuchów oraz lepszych i delikatniejszych ciast, pączków i chrustów ( zwanych faworkami).
      Po zapustach nastawała środa popielcowa, otwierająca czas 46 dniowego Wielkiego Postu. Biada tym pannom i kawalerom, którzy nie wykorzystali zapustów, aby zmienić swój stan. Przypinano im z tyłu do odzieży klocki z drewna albo kacze i indycze nogi, a często i skorupki jaj. Śpiewano przy tym frywolne kuplety. Jak napisał "Kurier Codzienny" 11 lutego 1869 roku, jeden ze starzejących się kawalerów przez posłańca otrzymał fujarkę drewnianą na haczyku ze szpilki i wiersz:

Panie Antoni, karnawał skończony,
Wstępna - środa, Popielec, a ty nie masz żony,
Za to więc, żeś ciemięga i kawaler stary
Dźwigaj że dziś fujarę - bądź z nią do pary.

      Wielki post zachowywano bardzo ściśle. Przodkowie nasi, a zwłaszcza mieszkańcy wsi, przez wieki całe, bardzo gorliwie wypełniali zalecenia Kościoła na Wielki Post, zgodnie z przysłowiem, które powiadało, że: Polak woli człowieka zabić (w innej wersji - rękę stracić) niż złamać post. W wielu domach szczególnie tych uboższych, mięso, tłuszcze zwierzęce, a nawet cukier, miód i nabiał na całe sześć tygodni znikały ze stołów. Żywiono się głównie żurem postnym, kartoflami, gotowaną i surową kwaszoną kapustą, gotowaną brukwią, śliwkami suszonymi, rozgotowanymi na gęstą zupę, śledziami, chlebem i innymi skromnymi potrawami, które skąpo kraszono olejem lnianym. Tylko w niedzielę pozwalano sobie na trochę lepsze i obfitsze jadło. Jedynie na magnackich i szlacheckich dworach i niektórych bogatych plebaniach i klasztorach post nie bywał zbyt dokuczliwy, bo spożywano tam wiele dań rybnych, przyrządzanych na różne sposoby (przez Kościół uznawanych i dozwalanych jako pokarmy postne) oraz dobre pieczywo, masło, jaja, mleko i sery.
     Podczas Wielkiego Postu wiele osób rezygnowało z picia alkoholu i palenia tytoniu. Fajki i woreczki z tytoniem lub machorka odkładano do schowków i sięgano po nie dopiero w Niedzielę Wielkanocną. Odkładano - i dla pewności zamykano na klucz - instrumenty muzyczne. Niedozwolona była muzyka, ustawały śpiewy, wszelkie zabawy i spotkania, a młodzież i dzieci karcono za głośniejsze śmiechy i krzyki. Na całe sześć tygodni (z małymi tylko przerwami) ustawało życie towarzyskie. Zastępowały je wspólnie odmawiane modlitwy, czasem - głównie na dworach - wspólna lektura pobożnych książek. Wszystkim tym rygorom ludzie poddawali się bez protestu i z wielką skwapliwością oddawali się wielkopostnym praktykom.
      Szczególnie uroczyście obchodzono Wielki Tydzień. Rozpoczynała go Palmowa Niedziela dawniej zwana Kwietną lub Wierzbną. Palmami były bowiem gałązki wierzby, głównie o czerwonym odcieniu kory. Palma po poświęceniu stawała się źródłem życiodajnej siły. Wierzbowe bazie dawano do połknięcia dzieciom, co miało chronić przed chorobami gardła. Dym z płonącej palmy miał moc odpędzania burz i pomagał w leczeniu, z palmą też odbywał się pierwszy wiosenny wypęd bydła na łąkę. Okres Wielkiego Tygodnia to czas rozpamiętania Męki Pańskiej. Wypełniony był on uczestnictwem w obrzędach kościelnych, które przygotowywały do godnego przeżycia Dnia Zmartwychwstania.  Wielki Piątek jest w Kościele dniem najgłębszej żałoby. Wyraża ją cała wielkopiątkowa liturgia. Po południu w bocznych nawach wszystkich świątyń odsłaniane są Groby Chrystusa. Obyczaj ten ma już w Polsce kilka wieków tradycji, a Groby Pańskie urządzane są z wielkim staraniem i troską o ich jak najpiękniejszy przystrój. W przygotowaniach Grobów czynny udział biorą parafianie. Dzięki temu Groby Chrystusa, tonące w kwiatach i często z symbolami narodowymi, wzbudzają podziw wszystkich odwiedzających kościoły. 


" Przed kościołem w Niedzielę Palmową"; 
ryc. ze zbiorów Muzeum Etnograficznego w Warszawie.)

      Zwyczaj pobożnego ich odwiedzania, zwany potocznie chodzeniem na Groby związał się bowiem trwale z polską tradycją wielkanocną.  Wielki Piątek jest w całej Polsce dniem skupienia, powagi, wzmożonej pobożności i gorliwych praktyk religijnych. Jest także dniem ścisłego postu. Zgodnie z zaleceniami Kościoła należy zrezygnować w tym dniu nie tylko z jedzenia potraw mięsnych, ale również zachować post co do ilości spożywanych pokarmów: tylko raz w ciągu dnia można zjeść do syta. Na postny obiad wielkopiątkowy jada się więc zwykle śledzia z kartoflami w mundurkach, postny żur z kartoflami, gotowaną lub smażoną rybę. Niektóre bardzo pobożne osoby przez cały ten dzień, dobrowolnie wstrzymują się od jedzenia i picia lub piją tylko czystą wodę i spożywają trochę suchego chleba.
     Jednocześnie Wielki Piątek jest dniem bardzo intensywnych przygotowań domowych, a przede wszystkim dniem kraszenia jaj na święcone oraz wielkiego gotowania i pieczenia. Wszystkie bowiem przysmaki na wielkanocny stół powinny być gotowe już w Wielki Piątek, a najpóźniej w Wielka Sobotę przed południem.  Przede wszystkim należy przygotować kolorowe jajka, których nie może zabraknąć ani na świątecznych stołach, ani w koszyczkach, które w Wielką Sobotę zanosimy do poświęcenia w kościele.
     Barwne jaja wielkanocne nazywamy kraszankami, malowankami lub byczkami - jeśli malowane są gładko (bez wzoru) na różne kolory. Niegdyś farbowano je w barwnikach, naturalnych, roślinnych. Wywar z kory dębowej dawał kolor czarny, z łusek cebuli różne odcienie barwy żółtej i brązu, sok z buraków - kolor różowy itp. Ostatnio barwi się je w kupowanych w sklepie, specjalnie do tego celu przeznaczonych, syntetycznych farbach spożywczych. Natomiast jajka pokryte wzorem noszą nazwę pisanek - wzór pisze się na nich woskiem.  Ale nie tylko jaja - kolorowe pisanki przygotowywano na świąteczne stoły; trzeba było również przyrządzić wszystkie świąteczne smakołyki. W Wielki Piątek, w dzień najsroższego postu, we wszystkich domach snuły się smakowite zapachy wędzonych wędlin, pieczonych mięs, aromaty przypraw korzennych i świeżego ciasta. A wygłodzeni smakosze wzdychali:

Dobre placki przekładane
i kiełbasy nadziewane,
daj mi Chryste dożyć tego,
daj doczekać święconego!

- bo przed Rezurekcją (uroczystą mszą w Niedzielę Wielkanocną) niczego nie wolno było nawet skosztować. A gdy już wszystkie przysmaki wielkanocne były gotowe wynoszono je do komór i spiżarni, a te zamykano na klucz. W oczekiwaniu na wielkanocną ucztę można wiec było tylko pobożnie wzdychać:
Będę Cię chwalił żeś jest dobry Panie,
Gdy sobie podjem szynki na śniadanie!
     Wielka Sobota to czas święcenia wody, ognia i pokarmów. Każde z nich ma swoją wielką symbolikę. Święconą wodą skrapiano zagrodę i każdy kąt mieszkania, a wziętymi z ogniska przy kościele gałązkami głogu lub tarniny rozpalano pod kuchnią nowy ogień. Pokarmy do święcenia przynoszono w dużych ilościach, bo wszystko co miało się znaleźć na wielkanocnym stole musiało być poświęcone.


"Święcone wielkanocne na wsi"; rys. W. Pociecha 


"Procesja rezurekcyjna"
 rys. M. E. Andrioli 

      Wielkanoc obchodzona była bardzo uroczyście. Rozpoczynała się Mszą Świętą rezurekcyjną. Młodzież wstawała wcześniej i biegła do najbliższej płynącej wody, aby się obmyć. Wiązało to się z przekonaniem, że woda w świąteczny poranek ma wielką moc i chroni przed chorobami oraz poprawia urodę. Gdy w czasie Mszy Świętej ksiądz pierwszy raz zaśpiewał alleluja wszyscy zebrani skinieniem ręki, ukłonem głowy i cichym szeptem winszowali sobie wesołego Alleluja. Podobnie było przy spotkaniach tego dnia na ulicach lub w domach. Powrót z rezurekcji był wyścigiem gospodarzy: który jako pierwszy wozem lub bryczką wjechał na podwórze, ten pierwszy miał ukończyć żniwa i temu bydło "wieść się będzie". Śniadania wielkanocne rozpoczynano modlitwą i wspomnieniem zmarłych, po czym dzielono się jajkiem i spożywano przygotowane potrawy. Jeśli na świątecznym stole jajek było do pary to wróżyło, że jeszcze tego roku panna z tego domu wyjdzie za mąż.
 Skorupki jaj i skórki z szynki spożywanej na świąteczne śniadanie wkładano do krecich kopców aby odstraszyć te gryzonie. Po śniadaniu gospodarze tradycyjnie udawali się na pole, aby ocenić stan zasiewów. W całej Polsce Poniedziałek Wielkanocny jest jednak przede wszystkim dniem wesołości i swawoli. Najważniejszym i najbardziej znany zwyczajem jest oblewanie się wodą czyli śmigus - dyngus. Początkowo były to dwa odrębne i bardzo stare obrzędy.
Śmigusem (z niem. Schmechostern - czyli bić na Wielkanoc; schmechen = bić, uderzać, Ostern = Wielkanoc) zwano zwyczaj oblewania wodą, głównie dziewcząt na wydaniu i młodych kobiet, a także smaganie się zielonymi gałęziami i witkami wierzbowymi lub uplecionymi z nich batami (był to tzw. śmigus zielony). Natomiast dyngusem (z niem. dingen = wykupywać) zwano pochody młodzieży męskiej, często w przebraniach i z różnymi rekwizytami (np. z traczykiem, z barankiem, z kurkiem dyngusowym), połączone zawsze z wesołą kwestą świąteczną - wypraszaniem darów, przede wszystkim jaj wielkanocnych i świątecznego jadła.


 "Wielkanoc",
 rys. J. Konopacki;  "Kłosy"

       Z czasem obrzędy te zostały połączone pod wspólną nazwą śmigusa - dyngusa (zwanego także śmigurtem lub śmigustem) i zdominowane przez polewanie się wodą. Jest to swawolna i nie pozbawiona zalotów zabawa młodzieży, od wieków praktykowana we wszystkich stanach. Nie na darmo więc Poniedziałek Wielkanocny nazywany jest również Lanym Poniedziałkiem.
     W tej zabawie tej inicjatywa zwyczajowo należała do chłopców, którzy na ładne, żwawe i lubiane dziewczęta wylewali całe konwie i wiadra wody, a nawet pławili je w stawach, sadzawkach i korytach do pojenia bydła. Dziewczyny chowały się i uciekały z piskiem przed śmigurciarzami, ale w gruncie rzeczy były zadowolone. Im więcej wody wylano na pannę, tym większy był dla niej honor. Znaczyło to bowiem, że dziewczyna ma powodzenie i tzw. wzięcie. Prawdziwym zmartwieniem był natomiast brak śmigurciarzy, suche ubranie i włosy. Nie było więc końca szamotaniu, śmiechom, gonitwom i piskom i nieprzerwanie, całymi strumieniami, lała się woda.


"Szmigus", Kłosy" 1884 r.

     Zielone świątki - jest to ludowa nazwa święta kościelnego - Zesłania Ducha Świętego na Apostołów, zamykającego wielkanocny cykl świąteczny, uznanego za jedno z najstarszych i największych świat w kościelnym kalendarzu liturgicznym, które początkowo łączone z Wielkanocą. Później, od IV w. zaczęto je obchodzić jako odrębne święto, w niedzielę i poniedziałek, siedem tygodni, pięćdziesiąt dni po Wielkanocy, pomiędzy 10 maja i 13 czerwca, a więc w pełni wiosny i bujnego rozkwitu roślin.  Z obchodami kościelnymi Zielonych Świątek, w przeszłości, łączyły się różne obrzędy ludowe powitania wiosny i zwyczaje rolnicze i pasterskie.  W całej Polsce powszechny był zwyczaj - dotychczas jeszcze zachowywany na wsi - majenia ścian domów, wrót i płotów zielonymi, najczęściej brzozowymi gałęziami.   Do dnia dzisiejszego, dla tradycji, w wielu domach, w Zielone Świątki ustawia się dzbany i wazony z tatarakiem, czyli kalmusowym zielem.


 "Zielone Świątki" rys M. E. Andrioli

        W Polsce obchody Bożego Ciała rozpoczęły się w 1320 r. w Krakowie i diecezji krakowskiej, wprowadzone tam przez biskupa Nankera. Od XV w. Polsce odbywają się procesje, które wychodzą ze wszystkich kościołów i prowadzą do czterech ołtarzy ustawianych na zewnątrz świątyń.  Polskie procesje Bożego Ciała dotychczas zachowują swą okazałość i prezentują się bardzo pięknie. Niesie się w nich chorągwie kościelne i przybrane kwiatami feretrony. Uczestniczą w nich tłumnie wierni, a wśród nich wojskowi i strażacy w galowych mundurach. Nie brakuje w nich także dziewczynek w bieli sypiących kwiaty i ministrantów z dzwonkami. Na Mazowszu - w Łowiczu i wsiach podłowickich, na Kurpiach, w okolicach Rawy Mazowieckiej i Opoczna, a także na Pogórzu i Podhalu, w Krakowie i wsiach podkrakowskich, a zwłaszcza w wielkiej procesji idącej z Wawelu do Katedry Mariackiej idą tłumnie ludzie w regionalnych, barwnych strojach ludowych. Przywdziewają je zwłaszcza mężczyźni trzymający baldachim i prowadzący księdza niosącego monstrancję.
  Dożynki - święto plonów - największe w roku święto gospodarskie rolników będące ukoronowaniem ich całorocznego trudu, obchodzone po zakończeniu wszystkich najważniejszych prac polowych i zebraniu plonów, a głównie plonu zbóż.  Dożynki obchodzono w Polsce prawdopodobnie już w XVI lub na przełomie XVI i XVII wieku, kiedy na naszych ziemiach rozwinęła się gospodarka folwarczno - dworska. Urządzali ja dla żniwiarzy (służby folwarcznej i pracowników najemnych) właściciele majątków ziemskich. Była to zabawa, poczęstunek i tańce - w nagrodę za dobrze wykonaną pracę przy żniwach i zebrane plony. Żniwa były bowiem uwieńczeniem wielkiego gospodarskiego trudu, od efektów którego, od ilości i jakości zbiorów, zależała ludzka egzystencja.  Wieniec dożynkowy nazywany bywał plonem (bo uosabiał wszystkie zebrane plony i urodzaj). Niosła go na głowie lub wyciągniętych rękach najlepsza żniwiarka, czasami z pomocą parobków i innych żeńców. Za nią postępował orszak odświętnie ubranych żniwiarzy, niosących na ramionach przybrane kwiatami, wyczyszczone kosy i sierpy.


"Wiązanie snopoków"; 
"Kłosy" 1881 r.

      Wieniec niesiono do kościoła, do poświęcenia; następnie ze śpiewem w uroczystym pochodzie, udawano się do dworu lub do domu właściciela pola - gospodarza dożynek. 
      Pieśni śpiewane przez idących z wieńcem żniwiarzy mówiły o ich trudzie i o plonie, wyrażały także troskę o przyszłe urodzaje i życzenia przyszłych dobrych plonów oraz nadzieję na zasłużony poczęstunek i zabawę. Najczęściej śpiewano taką, albo bardzo podobną pieśń:

Plon, niesiemy plon
w gospodarza (lub jegomości) dom!
Aby dobrze plonowało,
Po sto korcy z kopy dało!

Otwieraj, panie, szeroko wrota
niesiem ci wieniec ze szczerego złota.
Zaściełaj, panie, stoły i ławy,
Idzie do ciebie gość niebywały.
Plon niesiemy plon...

     W całej Polsce 1-go i także 2-go listopada przez wszystkie cmentarze przechodzą nieprzeliczone rzesze ludzi, odwiedzających groby swych bliskich. W tych dniach, na grobach płoną znicze, na wszystkich składa się kwiaty. Obyczaj nakazuje zapalić światło także na grobach zapomnianych, takich których nie odwiedza już nikt bliski.
     Są to bowiem dni poświecone pamięci zmarłych i wielkie doroczne święta odprawiane ku ich czci. Terminy tych świąt wyznaczone zostały przez Kościół: w IX w., w 835 r. ustanowiona została przez papieża Jana XI uroczystość Wszystkich Świętych (1 listopada) ku czci zmarłych świętych - już zbawionych - i to zarówno świętych wyniesionych na ołtarze, jak i nikomu nie znanych. Przeszło sto lat później w 998 r. ustanowiony został w Kościele (dzięki św. Odilonowi, opatowi benedyktynów w Cluny) Dzień Zaduszny (2 listopada), dzień nabożeństw i modłów w intencji wszystkich zmarłych, a zwłaszcza dusz odbywających jeszcze pokutę czyśćcową. Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny są w Polsce również dniami pamięci narodowej. Płoną więc znicze w cmentarnych kwaterach żołnierskich, na grobach powstańczych, na bezimiennych - tak licznych w Polsce - polnych i leśnych mogiłach żołnierskich, na miejscach straceń, przy tablicach pamiątkowych poświeconych pamięci poległych i zabitych we wszystkich wojnach. Płoną również ognie ma grobach ludzi szczególnie zasłużonych dla Polski i jej kultury.
 

do góry