sobota 23 marca 2019 imieniny Oktawiana i Pelagiusza 1842 - Zmarł Stendhal, pisarz francuski
Do końca roku pozostało: 0 dni
Sztuka
Interaktywna mapa szkół
Język polski Historia WOS Sztuka (plastyka i muzyka) Języki obce Religia i etyka
Matematyka Fizyka i astronomia Chemia Biologia Przyroda Geografia Technika Informatyka
Przedmioty zawodowe WF Ścieżki edukacyjne Wychowanie przedszkolne Nauczanie zintegrowane Więcej
  • Vincent van Gogh
Prawdziwe oblicze Vincenta van Gogha

Vincent van Gogh

„I BĘDĄ LUDZIE SZUKAĆ ŚMIERCI, LECZ JEJ NIE ZNAJDĄ
I BĘDĄ CHCIELI UMRZEĆ, ALE ŚMIERĆ OMIJAĆ ICH BĘDZIE. ”
Job. 3, 21 Łuk. 23, 21
Obj. Św. Jana, 9

van1
Vincent miał 37 lat, przygarbioną sylwetkę i oczy, które raz wydawały się zielone, a raz niebieskie.

Dzisiaj, jak zwykle, ubrany był w granatową marynarkę, a na jego krótkich, rudych włosach leżał słomkowy kapelusz. Odetchnął głęboko, po czym rozejrzał się wokoło. Otaczała go jedynie przerażająca pustka i cisza, której nie mącił nawet śpiew ptaków. Niektórzy sądzą, że tylko tchórze odbierają sobie życie. To nieprawda! Jedynie ludzie odważni mają śmiałość ze sobą skończyć. No, może jeszcze desperaci, szaleńcy, ale on był już bliski obłędu. Jego choroba dawała o sobie znać coraz bardziej. Vincent przeżywał załamanie nerwowe. Musiał położyć kres swemu cierpieniu. Człowiek pełen sprzeczności, rozdarty między pragnieniem miłości, a potrzebą samotności, nie wyobrażał sobie egzystowania w tej irracjonalnej rzeczywistości.

Oblizał wyschniętym językiem spieczone wargi. Pot spływał mu po czole. Zimna lufa pistoletu dotknęła jego rozpalonego ciała. Zamknął oczy. Nie chciał więcej oglądać tego okrutnego świata. Poczucie winy ciążyło na nim od dziecka.
- Dlaczego moje życie potoczyło się w ten sposób?! - pomyślał artysta. Już miał nacisnąć spust, kiedy przed oczami pojawił się obraz dzieciństwa. – Mój tato… Pamiętam go bardzo dobrze. Najbardziej utkwiło mi w pamięci jego srogie spojrzenie oraz donośny głos, który budził nawet największych śpiochów, usypiających na jego kazaniach. W moich myślach nadal rozbrzmiewają słowa ojca: „Vincent, Vincent, ty grzeszniku!”

Theodorus był pastorem, rodzicem sześciorga dzieci. Pomimo swej profesji, nie potrafił nas zrozumieć. A ja tak bardzo pragnąłem rodzinnego ciepła. Matka także nie pojmowała mych zachowań. Pobłażliwie patrzyła na moje desperackie czyny. Czasem słyszałem cichutki płacz, dochodzący z jej pokoju. Wiem, przez kogo płakała: przeze mnie. Moje sio stry: Anna, Cornelia i Wilhelmina wyśmiewały się z mojej rudej grzywki. Tylko w Theo, młodszym o 4 lata bracie, miał oparcie. Wspierał mnie duchowo, a w dorosłym życiu również finansowo. Wiele razy ocalił mi skórę.
W artyście odezwały się nagle potrzeby fizjologiczne. Pobiegł za najbliższy krzaczek. Zaklął pod nosem, ponieważ zobaczył tam półnagiego mężczyznę, który krzyknął: „Panie, zajęte!” Vincent wypatrzył następną krzewinkę, opróżnił pęcherz i poczuł ogromną ulgę.

van2
Znów podniósł pistolet do piersi, ale zaraz odłożył go na bok.
- Ręka mi już zdrętwiała. - Pomyślał. Niemal natychmiast przed oczami ukazała mu się Holandia. - Powróciłem myślami do bagien i wrzosowisk. Zapadły one głęboko w moją pamięć. Nigdy nie zapomniałem mglistych krajobrazów Brabancji. Przez długi czas nie rozstawałem się z ukochaną ojczyzną. Nawet naukę rozpocząłem w ojczystym Zevenbergen. Nie byłem prymusem. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że to tęsknota za bliskimi utrudniała mi naukę. W wieku 16 lat podjąłem jedną z ważniejszych decyzji w życiu. Musiałem zacząć zarabiać na utrzymanie swoje i rodziny.

W 1869r. brat matki, Vincent, zaproponował, abym przyjął u niego posadę urzędnika w antykwariacie Maison Goupil w Hadze. Starałem wywiązywać się z powierzonych zadań. Uzyskałem znakomite referencje i przeniesiono mnie do londyńskiego oddziału firmy. W 1870r. poczułem, że muszę poświęcić się swej nowej pasji: malarstwu. Potrzebowałem autorytetu, na którym mógłbym się wzorować. Na pewien czas stał się nim Mouve. Inspirując się jego twórczością stworzyłem „Kwitnące drzewa brzoskwiniowe”. Bardzo upodobałem sobie to płótno.

Vincent poczuł ukłucie. Rozmaślił komara na swej dłoni. Spojrzał w niebo. Miało czerwony kolor.

- Nikt mnie nie szuka – przeszło mu przez myśl. – Nikomu nie jestem potrzebny, nigdy nie byłem. Ja tylko chciałem, żeby ktoś mnie kochał. Eugenia Loyer, córka właściciela mieszkania, u którego wynajmowałem pokój, jako pierwsza odrzuciła moje zaloty. To z jej powodu przypalałem się świecą aż do omdlenia. Po tym przykrym zdarzeniu miewałem moczenia nocne.

Dla mnie Gienia miała urodę anioła. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego jeden z mych sąsiadów powiedział: „Te jej rude włosy sterczą na wszystkie strony, a szkaradne paluchy powykrzywiał reumatyzm”. Ale ja chciałem, żeby te „paluchy” pieściły całe moje ciało. Kawałek po kawałku. Moje marzenia niestety się nie ziściły. Pragnąłem, aby Eugenia zastąpiła mi matkę. Życie tak bardzo poskąpiło mi miłości. – Vincent zacisnął pięści i wściekle zagryzł usta. Z oczu buchnął mu płomień nienawiści, wydzierający się z głębi jego umęczonej duszy. – Stara jędza! Nie doceniła mojego poświęcenia.

- Do oczu napłynęły mu łzy. - Po tym zdarzeniu zacząłem szukać ukojenia u rodziny, ale najbliżsi nie potrafili znieść coraz częstszych kłótni. Wpadłem w depresję, nie wykonywałem obowiązków tak sumiennie, jak kiedyś. Miewałem napady agresji. Nic dziwnego, że mój pracodawca bał się, że pozostali pracownicy doznają stałego uszczerbku na zdrowiu, a raczej psychice. Właściciela nie było stać na psychoterapeutów oraz na renty i odszkodowania dla mnie i kolegów z branży, toteż zostałem zwolniony w kwietniu 1876 r. Od tamtej pory utrzymywałem się z zasiłku dla bezrobotnych. Brakowało mi pieniędzy na życie.

Wróciłem do ojczyzny, gdzie zatrudniłem się jako sprzedawca książek. Zamieniłem się w religijnego fanatyka. W Dordrechcie, gdzie pracowałem, uczęszczałem na nabożeństwa kilku różnych Kościołów. Przepisywałem też fragmenty Biblii. Uczęszczałem na kurs teologii protestanckiej na Uniwersytecie w Amsterdamie. Zamieszkałem wówczas u wujka. Mimo wysiłku znajomych nie byłem prymusem. Porzuciłem więc studia i wyjechałem do wioski koło Brukseli, gdzie praktykowałem jako świecki kaznodzieja. Dawano mi jednak brutalnie do zrozumienia, iż nie wszyscy we wsi chcą mieć Van Gogha – psychicznego malarza – jak to określili za sąsiada. Aby się mnie pozbyć, stosowali różne, nawet drastyczne, sposoby. Miałem jednak swój honor. Spakowałem walizki i tyle mnie widzieli.

Moim kolejnym miejscem pobytu stało się zagłębie Borinage – jeden z najbiedniejszych regionów Belgii. W Wasmes spotkałem nękanych przez choroby oraz ubóstwo górników. Chciałem dla nich coś zrobić, toteż oddałem cały swój majątek, a nawet część i tak już skromnego ubioru. Wobec tego zachowania uznano, że jestem mistycznym szaleńcem. Mój czyn nie spotkał się niestety z aprobatą Theo, który z tego powodu, przez dziewięć miesięcy nie utrzymywał ze mną kontaktu.

van3W tej sytuacji postanowiłem wrócić do Hagi, by oddać się malarstwu. To w tym mieście poznałem Sien, moją kolejną miłość. A stało się to zupełnie przez przypadek. Szukałem inspiracji i ukojenia w domu publicznym, tam też natknąłem się na Sien Hoornik, jedną z pracownic. Sprzedając ciało, chciała zarobić na utrzymanie swojego dziecka. Właściciel interesu wyrzucił ją na bruk, kiedy doszły go słuchy o kolejnej ciąży. Zamieszkaliśmy razem, stała się moją muzą. Wytrwale pozowała do szkiców, również aktów. Dawała mi natchnienie. Stworzyłem ponad 60 rysunków i akwarel z nią w roli głównej.
W sierpniu 1889 r. wyjechałem do Drenthe. Opuściłem ukochaną Sien, która nie była już taka ukochana, bo zdradziła mnie z jakimś przydrożnym menelem. Nie zagrzałem miejsca w Drenthe, więc pojechałem do Nuenen. Przebywałem tam do listopada 1885 r. Był to jeden najgorszych okresów w moim życiu. Właśnie wtedy zmarł mi ojciec. Zająłem się malowaniem cmentarza, na którym spoczywał.

Jesienią studiowałem prace Rubensa. Było to nudne zajęcie, toteż odwiedziłem Paryż, zamieszkałem u Theo. Czułem się wspaniale, zazdrościłem mu jego rodziny. Niestety musiałem się wyprowadzić, ponieważ ograniczał moje życie w sferze intymnej. Cnotliwy to ja nigdy nie byłem.

van4W 1887 r. poznałem Gauguina. Ani on, ani tym bardziej ja, do bogatych nie należeliśmy. Czynsze osiągały zawrotne sumy, dlatego wspólnie wynajęliśmy jeden pokój. Jednak coraz częściej dochodziło między nami do kłótni. Paul nachalnie starał się mnie nakłonić do malowania z wyobraźni, a ja wolałem tworzyć z natury. Miałem dość jego zrzędzenia. Wyciągnąłem brzytwę, chciałem położyć kres tym głupim sprzeczkom. Pogroziłem mu palcem, Gauguin zaśmiał się bezczelnie. Złapał za tasak. Postanowiłem, że nie cofnę się przed niczym. Podszedłem do niego. Popatrzyłem na jego twarz i zwróciłem na Paula cały mój obiad. Zapałał do mnie gniewem, zbliżył się powoli. Nie byłem pewien czy jest do tego zdolny. A jednak! Zamachnął się tasakiem. Zrobiłem unik. Poczułem piekący ból. Dotknąłem dłonią ucha, krew bryzgała na wszystkie strony. Ochlapała Gauguina, który uciekał gdzieś w popłochu. Teraz wiedziałem, co czują zarzynane prosięta. W szoku pourazowym oderwałem resztkę ucha. W rezultacie wszyscy myśleli, że sam i z własnej woli pozbawiłem się małżowiny usznej. Ale tak naprawdę to była wina Gauguina! Niestety o tym wiedziałem tylko ja i ON!!!

van5Przez długi czas myślałem, co zrobić z tym narządem. Postanowiłem, że podaruję go Racheli, ta prostytutka już jakiś czas temu wpadła mi w oko, nie miała sobie równych w swej profesji. Sien przy niej wysiadała. I tak oto Rachela stała się właścicielką mojego małego, niedomytego ucha.

Następnego dnia do mego mieszkania przybył listonosz z korespondencją od Theo. Wdałem się z nim w krótką pogawędkę. Wydał mi się miłym człowiekiem. Nie pomyliłem się. Po bliższym zapoznaniu, często zapraszał mnie do swojego domu. Starałem się mu jakoś odwdzięczyć, malując portrety jego rodziny. Najbliżsi Roulina zastąpili mi ciepło ogniska domowego.

W tamtym czasie przeczytałem wiele książek i namalowałem mnóstwo obrazów. Obudziła się we mnie chęć do życia, znów wyjechałem. Tym razem do Saintes-Maries de la Mer. Powstało tu kilkanaście szkiców, przedstawiających piękno krajobrazów oraz portrety Arlezjanek. Pewien znawca sztuki hiszpańskiej porównał moje prace do dzieł Goi oraz Velazqueza. Jaki byłem wtedy szczęśliwy! Moja radość nie trwała jednak długo.


van6W Wigilię Bożego Narodzenia wylądowałem w psychiatryku, gdzie zostałem skrępowany kaftanem bezpieczeństwa. Opiekował się mną dr Rey. Byłem skazany na towarzystwo listonosza Roulina, pastora oraz mojego brata, którzy często mnie odwiedzali. Dzięki nim opuściłem szpital, jednak 7 lutego powróciłem do tego piekła. Miałem omamy, koszmary. Nawiedzała mnie Sien, która najpierw zwodziła mnie pięknym uśmiechem, a potem upokarzała. Nie potrafiłem tego znieść. Wyraziłem zgodę na pobyt w klinice, gdzie tworzyłem dramatyczne płótna. Ludzie z ośrodka niechętnie pozowali do mych obrazów. Nie mogłem zrozumieć dlaczego. Musiałem czymś przecież zająć ręce, dlatego robiłem kopie znanych dzieł. Po najdłuższym, ostatnim już pobycie w szpitalu, szybko zdrowiałem. Stałem się wrażliwy na barwy i naturalne formy. Malowałem dużo pejzaży. Jednak po pewnym czasie cierpienie wdarło się w moje życie codzienne. Wyrażałem je w moich obrazach o ponurej kolorystyce. Obecność na tym świecie, takiej beznadziejnej istoty jak ja, nie miała sensu. Tylko malarstwo trzymało mnie jeszcze przy życiu, ale wiedziałem, że długo tak nie wytrzymam. Często myślałem o ojczyźnie. Tęsknota za nią była bardzo silna. Po raz kolejny znalazła odzwierciedlenie w płótnach.


van7
Wkrótce mój brat Theo znalazł dla mnie eksperta od zaburzeń psychicznych - Gacheta. Początkowo uważałem tego lekarza za ekscentryka, ale później zaprzyjaźniliśmy się. Wykonałem nawet dwa jego portrety. Był dobrym partnerem do rozmów o sztuce. (Naszą wspólną cechą były rude włosy). Kolekcjonował obrazy. W jego zbiorach znalazł się nawet akt kobiecy autorstwa Guillaumina, który nie posiadał oprawy. Zdenerwowałem się, no bo jak tak wspaniałe dzieło może pozostać bez ramy?! Kazałem naprawić zaniedbanie. Gachet jednak nie posłuchał. Wtedy piekielnie rozgniewany wyciągnąłem broń. Zaatakowałem doktorka. Już miałem strzelać, gdy ten oświadczył, iż wypełni moją wolę. Zaczął mnie uspakajać. Pomyślałem wtedy: „ Jak miło, kiedy ktoś ze strachu poniża się przede mną”. Ironiczny uśmiech zawitał na mojej twarzy. Odłożyłem pistolet.

Po tym incydencie nasze stosunki ochłodziły się. Wkrótce potem brat zaprosił mnie do siebie, do Paryża. Żona Theo - Jo urodziła syna, któremu nadali imię Vincent. Byłem bardzo szczęśliwy i życzyłem bratankowi, by powiodło mu się lepiej niż mnie.


van8Niestety po trzech dniach powróciłem do Auvers sur Oise, żeby w dalszym ciągu leczyć się u doktora Gacheta. Z niecierpliwością czekałem na wizytę Theo, którą zapowiadał od jakiegoś czasu. Ku memu rozczarowaniu brat nie przyjechał z powodu problemów zawodowych i zdrowotnych. Byłem samotny, niechciany. Jeszcze nigdy nie czułem się tak źle jak teraz. Rozpacz moja była ogromna.

Vincent powrócił do rzeczywistości. Nie chciał dłużej żyć w kłamstwie, niepewności i cierpieniu.
- To koniec - przemknęło mu przez myśl - nacisnął spust. Kula przebiła mu przeponę i w potwornym bólu wykręciła całe jego ciało. Osunął się bezwładnie na ziemię, dotknął pulsującej rany. Był cały we krwi. Czerwona kałuża pod nim zdawała się coraz bardziej powiększać. Błękitne oczy artysty zastygły w niemym sprzeciwie. To przecież nie miało być tak. Kula miała trafić w serce.
- Czemu Bóg nie pozwala mi umrzeć?! - Krzyknął Vincent. Czuł jakby ogień trawił jego ciało od wewnątrz. Zemdlał z bólu. Po jakimś czasie ocknął się. Wrócił do domu, gdzie odkryto w jak ciężkim jest stanie. Przez dwa długie dni artysta zmagał się z bólem.
- Śmierć jest blisko. Czuję jej obecność - powiedział do siebie. Wrota jego wyobraźni zostały uchylone. Gdy rozum śpi, rodzą się demony.
- Ujrzałem ją, Pani Życia i Śmierci miała nade mną władzę. Jej bezwzględne oczy przerażały mnie coraz bardziej. Zbliżywszy się, położyła swoją kościstą dłoń na moim rozpalonym czole. Zrozumiałem, że moje życie już się wypala.

van9Twarz Vincenta zamarła w groteskowym grymasie, a jego wzrok utkwił na kartce z kalendarza z dniem 29 lipca 1890 r.

Śmierć zaszeleściła swym czarnym, uszytym z Nicości, płaszczem. Zamknęła oczy mężczyzny i odeszła w kierunku Krainy Ciemności. Jedynie kot, który łasił się do martwego Vincenta, wiedział, czy Kostucha była wyłącznie wytworem wyobraźni chorego umysłu…








Zwycięska praca w konkursie „Sławni ludzie z przymrużeniem oka...” w kategorii SZKOŁA GIMNAZJALNA.
Więcej informacji o konkursie znaleźć można TUTAJ.







Autor: Monika Wiśniewska, Aneta Szewczykowska, Jowita Maciągiewicz, Anna Sobieraj. Opiekun: Anna Grzejszczak
Komentarze + Dodaj komentarz
  • Polska galeria obrazów van Gogha, Krzysztof (odpowiedzi: 0)
  • Tu można pooglądać przeszło 700 obrazów Vincenta van Gogha - http://www.van-gogh.pl
  • nie do końca prawda, anka (odpowiedzi: 1)
  • interesuje się zyciem Van Gogha. wiele biografi czytalam o tynm słąwnym artyscie i zauwazam kilka niścislosci a mianowicie pomieszane w czasie fakty. niekture wydarzenia np przyjazd do paryza jest w zlym momencie . takie podstawowe fakty mozna by było poukladac hronologicznie.
  • wow, Mary Jane (odpowiedzi: 0)
  • bardzo dobra praca, świetnie się czyta, a ilustracje bajeczne:-)
 
Nasi partnerzy:
MEN SchoolNet eTwinning Związek Powiatów Polskich PCSS
Cisco OFEK Przyjazna Szkoła Fundacja Junior FIO CEO
Parafiada net PR Orange IMAX Cinema City WSP TWP
IMAGE PPI-ETC ArcaVir Master Solution Device


Projekt Polski Portal Edukacyjny Interkl@sa
powstał i był realizowany w latach 2000-2011 dzięki wsparciu
Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".


Pytania i uwagi: portal@interklasa.pl

Regulamin portalu /  Polityka prywatności /  Ochrona własności intelektualnej /  Zasady korzystania / 
Wyłączenie odpowiedzialności /  Biuro prasowe /  Zasady współpracy /  Redakcja /  Kontakt

Przejdź na stronę ucznia Przejdź na stronę nauczyciela Przejdź na stronę rodzica Certyfikat sieciaki.pl Przyjazna strona kidprotect.pl